Turysta, który dostaje kartę wyłącznie po polsku, zachowuje się przewidywalnie: zamawia to, co rozpoznaje. Pizzę, schabowego albo to, co ma przy sobie zdjęcie. Nie zamówi flaczków, nie zapyta o danie dnia i prawie na pewno nie weźmie deseru ani drugiego kieliszka wina — bo nie wie, co zamawia.
To nie jest problem uprzejmości. To jest problem rachunku: przy tym samym stoliku, tym samym czasie obsługi i tej samej kuchni schodzi rachunek o kilkanaście procent niższy.
Rozwiązanie brzmi oczywisto — „przetłumaczyć kartę”. Tylko że tłumaczenie karty to nie jest jednorazowa czynność, i to jest sedno całego problemu.
Dlaczego przetłumaczona karta psuje się po kilku miesiącach
Restauracja zleca tłumaczenie, dostaje plik, drukuje angielską wersję karty. I wszystko działa — do pierwszej zmiany.
Zmienia się cena dostawcy, więc rośnie cena w karcie. Polską wersję poprawiacie tego samego dnia. Angielskiej nikt nie rusza — każda poprawka to kontakt z tłumaczem albo grafikiem, czyli 150–300 zł i 2–3 dni oczekiwania za jedną liczbę. Po sezonie dochodzą 3 nowe dania: w polskiej karcie są, w angielskiej nie ma ich do dziś.
Po roku angielska karta jest dokumentem z innej epoki. Kelnerzy sami się jej wstydzą i podają ją „w razie czego”.
Tłumaczenie nie jest usługą jednorazową, bo karta nie jest dokumentem jednorazowym. Każdy sposób na menu po angielsku trzeba oceniać nie po tym, ile kosztuje pierwszy raz, tylko ile kosztuje trzydziesta zmiana ceny.
Trzy sposoby i ich realne koszty
| Biuro tłumaczeń | Samodzielnie | Automatycznie w systemie menu | |
|---|---|---|---|
| Koszt startu | 300–1200 zł za kartę | 0 zł + Wasz czas | w cenie systemu |
| Czas | 3–7 dni roboczych | weekend | minuty |
| Jakość nazw dań | wysoka, jeśli tłumacz zna gastronomię | zależy od Was | wymaga sprawdzenia |
| Koszt zmiany ceny | kolejne zlecenie | Wasz czas | zero |
| Nowe danie w karcie | kolejne zlecenie | Wasz czas | zero |
| Kolejny język | ×2 koszt | ×2 czas | zero |
Biuro tłumaczeń
Ma sens dokładnie raz: przy pierwszym uporządkowaniu karty, jeśli macie dużo dań regionalnych i nikogo, kto potrafi je opisać po angielsku. Dobry tłumacz gastronomiczny wie, że „bigos” nie jest „cabbage stew”, i napisze do niego zdanie, które coś znaczy.
Problem zaczyna się przy drugiej fakturze. Zlecenie na trzy nowe dania kosztuje niemal tyle co obsługa administracyjna, więc restauracje przestają zlecać — i karta angielska zostaje w tyle.
Samodzielnie
Działa, jeśli w zespole jest ktoś ze swobodnym angielskim. Gramatyka jest tu drugorzędna. Liczy się wiedza o tym, czego tłumaczyć nie wolno — największe wpadki w polskich kartach biorą się nie z błędów językowych, tylko z nadgorliwości.
Automatycznie w systemie menu
Karta cyfrowa tłumaczy się sama, a Wy poprawiacie to, co wymaga poprawki. Zmiana ceny nie kosztuje nic: cena jest liczbą, identyczną we wszystkich wersjach. Nowe danie dopisujecie raz, po polsku.
To jest ten model, w którym karta nie starzeje się między językami. W WMenu gość przełącza język jednym dotknięciem, a Wy pracujecie tylko na wersji polskiej — menu w wielu językach opisuje, jak to działa w praktyce.
Czego nie należy tłumaczyć
To jest część, na której najczęściej wykłada się i tłumacz, i automat.
Nazwy własne dań zostają. „Pierogi”, „bigos”, „oscypek”, „żurek”, „zapiekanka” — to są nazwy, nie opisy. Turysta, który przyjechał do Polski, chce zamówić pierogi, a nie „Polish dumplings”. Nazwa zostaje, a pod nią idzie zdanie wyjaśniające.
Żurek 24 zł
Sour rye soup with white sausage and egg
To działa lepiej niż „Sour Soup”, bo gość widzi, czego szukać w przewodniku i co powiedzieć kelnerowi.
Nazwy chronione zostają bez zmian. Oscypek, bryndza podhalańska, rogal świętomarciński to produkty z ochroną UE. Ich nazw nie tłumaczy się w ogóle — dopisuje się opis.
Nazw restauracji, dań autorskich i marek nie ruszamy. „Burger Grubasa” zostaje „Burger Grubasa”, nawet jeśli brzmi dziwnie. To jest pozycja w karcie, którą gość ma wskazać palcem.
Pełny słownik z gotowymi angielskimi opisami zebraliśmy osobno: jak tłumaczyć polskie dania w menu.
Co trzeba przetłumaczyć obowiązkowo
Odwrotnie niż nazwy — te elementy muszą być zrozumiałe, bo dotyczą bezpieczeństwa i pieniędzy:
- alergeny — obowiązek informacyjny nie zależy od języka gościa. Jeśli podajecie informację o alergenach po polsku, gość z alergią na orzechy nie ma jak jej odczytać. To nie jest kwestia uprzejmości, tylko obowiązku wynikającego z przepisów,
- składniki dań — zwłaszcza tych, które mogą zaskoczyć: podroby, surowe ryby, ostre przyprawy, wieprzowina,
- wagi i gramatury — 200 g przy stekach i porcjach,
- informacja o dodatkach płatnych — „sos do wyboru +6 zł”, „dodatkowy ser +5 zł”. Niedopowiedzenie w tym miejscu kończy się awanturą przy rachunku,
- opłaty — serwis, opłata za korkowe, dopłata za kartę.
Pięć błędów, które widać w polskich kartach po angielsku
- Tłumaczenie automatem bez czytania. Klasyki tej kategorii: „śledź w oleju” jako „follow in oil”, „danie z rusztu” jako „dish from the grate”, „kaczka po staropolsku” jako „duck after Old Polish”.
- Tłumaczenie nazwy zamiast opisu. „Bigos → Hunter's Stew” brzmi dobrze, ale gość, który zapyta kelnera o „hunter's stew”, nie zostanie zrozumiany.
- Dwie karty zamiast jednej. Osobna karta angielska oznacza dwa dokumenty do aktualizowania i gwarantowaną rozbieżność. Lepiej jedna karta z opisem pod nazwą albo karta cyfrowa z przełącznikiem języka.
- Angielski jest, ale cen nie ma. Widok częstszy, niż się wydaje: przetłumaczone opisy, a ceny zostały tylko w polskiej wersji.
- Tłumaczenie na angielski i koniec. W Krakowie, Gdańsku i Zakopanem angielski to minimum, ale nie zawsze największa grupa — o doborze języków niżej.
Ile języków naprawdę potrzebujecie
Angielski jest oczywisty. Drugi i trzeci język zależą od tego, kto do Was faktycznie przychodzi — a nie od tego, jak wygląda ogólna statystyka turystyki.
Najprostszy sposób, żeby to sprawdzić bez badań: przez 14 dni zapisujcie na kartce przy kasie, w jakim języku gość poprosił o kartę. Kelnerzy wiedzą to lepiej niż jakikolwiek raport. Drugi sygnał to statystyki wizytówki Google — pokazują, z jakich krajów ludzie wyszukują Wasz lokal.
Próg, od którego język przestaje być ciekawostką, to mniej więcej 5 gości tygodniowo. Poniżej tego nie ma po co pilnować osobnej karty papierowej; powyżej — brak tłumaczenia zaczyna kosztować realne pieniądze.
Typowe układy, które wychodzą z takiego liczenia:
- Kraków, Gdańsk, Wrocław, Warszawa: angielski, niemiecki, ukraiński, hiszpański,
- Zakopane i góry: angielski, ukraiński, czeski, niemiecki,
- Wybrzeże: angielski, niemiecki, szwedzki,
- Miasta wojewódzkie poza szlakiem turystycznym: angielski i ukraiński wystarczą.
Uwaga praktyczna: przy tłumaczeniu ręcznym każdy kolejny język to kolejny koszt i kolejna karta do pilnowania, więc restauracje zatrzymują się na jednym. Przy karcie cyfrowej liczba języków przestaje być decyzją budżetową — dlatego warto włączyć też te, których „raczej nie będzie”. Jeden gość z Hiszpanii w tygodniu też zostawia rachunek.
Jak to zrobić w praktyce — kolejność działań
- Zróbcie listę pozycji, które zostają bez tłumaczenia (nazwy polskich dań i produktów regionalnych).
- Napiszcie po angielsku jedno zdanie opisu do każdej z nich — jak smakuje i co jest w środku.
- Przetłumaczcie resztę — kategorie, dodatki, opłaty, alergeny, gramatury.
- Dajcie to do przeczytania komuś, kto mówi po angielsku na co dzień — nie musi być tłumaczem, ma wyłapać zdania, które brzmią dziwnie.
- Ustawcie proces aktualizacji. To jest krok, który decyduje o wszystkim: kto i w jakim momencie poprawia wersję obcojęzyczną, gdy zmienia się polska.
Jeśli krok 5 nie ma dobrej odpowiedzi, wróćcie do kroku 0 i zastanówcie się nad kartą cyfrową. Nie dlatego, że jest nowocześniejsza, tylko dlatego, że w niej krok 5 nie istnieje.
Jak to działa w WMenu
Kartę prowadzicie po polsku. System udostępnia ją gościowi w ponad 80 językach — gość wybiera swój przy pierwszym otwarciu albo przełącza jednym dotknięciem. Zmiana ceny, nowe danie, wyłączenie pozycji, która się skończyła — robicie raz i obowiązuje we wszystkich wersjach naraz.
Tam, gdzie tłumaczenie wymaga ręki człowieka — nazwy regionalne, dania autorskie, gra słów — możecie nadpisać wersję automatyczną własnym tekstem, i to on będzie pokazywany.
Zobaczcie menu w wielu językach, a jeśli chcecie najpierw zobaczyć efekt u kogoś innego — przykłady kart prawdziwych lokali.
Najczęstsze pytania
Ile kosztuje przetłumaczenie karty restauracji na angielski?
W biurze tłumaczeń zwykle 300–1200 zł za jednorazowe tłumaczenie karty, zależnie od liczby pozycji i tego, czy tłumaczycie same nazwy, czy też opisy. Do tego trzeba doliczyć koszt każdej późniejszej aktualizacji — i to on decyduje o całkowitym rachunku po roku.
Czy tłumaczenie automatyczne wystarczy w restauracji?
Do opisów, kategorii i informacji organizacyjnych — tak, pod warunkiem że ktoś to przeczyta. Do nazw dań regionalnych — nie. Te ustawia się ręcznie raz i zostawia na stałe.
Czy trzeba drukować osobną kartę po angielsku?
Zwykle się nie opłaca: dwie karty to dwa dokumenty do aktualizowania i gwarantowana rozbieżność po kilku miesiącach. Lepiej działa jedna karta z angielskim opisem pod polską nazwą.
Czy alergeny też muszą być po angielsku?
Informacja o alergenach musi być dostępna dla gościa przed zamówieniem. Jeśli gość nie zna polskiego, informacja podana wyłącznie po polsku swojej funkcji nie spełnia. Szczegóły w tekście o alergenach w menu.
Od ilu gości zagranicznych opłaca się wielojęzyczna karta?
Przy tłumaczeniu ręcznym próg jest wysoki, bo każdy język kosztuje osobno. Przy karcie cyfrowej próg praktycznie nie istnieje — języki nie generują dodatkowej pracy, więc opłaca się je włączyć nawet przy kilku gościach tygodniowo.

