Prawie każda restauracja w mieście turystycznym ma kartę po angielsku. Kolejnych języków nie ma prawie nikt. A w wielu lokalach największa grupa gości zagranicznych wcale nie mówi po angielsku.
Powód nie jest merytoryczny, tylko kosztowy: przy tłumaczeniu ręcznym każdy kolejny język to kolejna faktura i kolejny dokument do aktualizowania. Więc restauracje robią angielski i na tym kończą, nawet jeśli co trzeci gość mówi po ukraińsku albo po niemiecku.
Ten tekst jest o tym, jak ustalić, których języków faktycznie potrzebujecie, i jak wygląda rachunek, gdy próg kosztowy znika.
Krok 1: policzcie, kto do Was przychodzi
Nie zaczynajcie od ogólnych statystyk turystyki. Ruch w Waszym lokalu może wyglądać zupełnie inaczej niż średnia dla miasta — zależnie od tego, czy jesteście przy szlaku, przy hotelu, czy w dzielnicy mieszkalnej.
Metoda 1: dwa tygodnie kartki przy kasie
Najprostsza i najbardziej wiarygodna. Przez dwa tygodnie obsługa zaznacza kreską, w jakim języku gość poprosił o kartę albo w jakim rozmawiał. Cztery–pięć kolumn wystarczy: polski, angielski, ukraiński, niemiecki, inne.
Kelnerzy wiedzą to lepiej niż jakikolwiek raport, tylko nikt ich o to nie pytał.
Metoda 2: statystyki wizytówki Google
W panelu Profilu Firmy widać, z jakich zapytań ludzie trafiają do wizytówki. Zapytania w obcych językach — „polish restaurant Krakow”, „restaurante Cracovia”, „ресторан Краків” — pokazują, kto Was szuka, zanim jeszcze przyjdzie.
Metoda 3: kto jest obok
Jeśli w promieniu 300 metrów jest hotel, hostel, dworzec albo atrakcja turystyczna, sprawdźcie, skąd przyjeżdżają ich goście. Recepcja hotelu obok powie Wam to w jednej rozmowie.
Krok 2: dopasujcie do lokalizacji
Wyniki takiego liczenia układają się zwykle w 6 powtarzalnych wzorców:
| Miejsce | Języki, które zwykle wychodzą |
|---|---|
| Kraków, Warszawa, Wrocław, Gdańsk — centra | angielski, ukraiński, niemiecki, hiszpański, włoski |
| Zakopane i Podhale | angielski, ukraiński, czeski, niemiecki, słowacki |
| Wybrzeże (Trójmiasto, Kołobrzeg, Świnoujście) | angielski, niemiecki, szwedzki, ukraiński |
| Miasta przy zachodniej granicy | niemiecki przed angielskim |
| Miasta wojewódzkie poza szlakiem | angielski, ukraiński |
| Lokale przy dużych zakładach pracy | ukraiński, angielski, czasem hindi lub nepalski |
Dwie uwagi, które wychodzą z praktyki:
- Ukraiński jest niedoszacowany. W wielu lokalach to druga grupa po polskiej — i jednocześnie język, którego karty prawie nigdzie nie ma.
- Niemiecki wygrywa z angielskim przy zachodniej granicy i na wybrzeżu. Starsi goście z Niemiec często nie mówią po angielsku wcale.
Krok 3: policzcie koszt
Tu widać, dlaczego decyzja o liczbie języków prawie nigdy nie jest decyzją merytoryczną.
Tłumaczenie ręczne
| Pozycja | Koszt |
|---|---|
| Tłumaczenie karty (jeden język) | 300–1200 zł |
| Skład i druk osobnej wersji | 300–800 zł |
| Każda zmiana ceny | kolejne zlecenie |
| Drugi język | ×2 wszystko powyżej |
| Trzeci język | ×3 |
Przy trzech językach i dwóch zmianach karty rocznie robi się z tego kilka tysięcy złotych i sześć dokumentów do pilnowania. Dlatego prawie nikt tego nie robi.
Karta cyfrowa
| Pozycja | Koszt |
|---|---|
| Pierwszy język | w abonamencie |
| Każdy kolejny | 0 zł |
| Zmiana ceny we wszystkich wersjach | 0 zł, jedna edycja |
| Nowe danie we wszystkich wersjach | 0 zł, jedna edycja |
Gdy koszt kolejnego języka spada do zera, zmienia się sama logika decyzji. Przestajecie pytać „czy opłaca się zrobić kartę po hiszpańsku”, a zaczynacie pytać „czy zaszkodzi”. Jeden gość z Hiszpanii tygodniowo też zostawia rachunek.
Ile to realnie daje
Twardych liczb dla pojedynczego lokalu nie ma, ale mechanizm jest przewidywalny i powtarza się w każdej restauracji turystycznej. Składa się z 4 kroków:
- Gość, który nie rozumie karty, zamawia bezpiecznie. Bierze to, co rozpoznaje — najczęściej najtańsze i najbardziej oczywiste danie.
- Nie zamawia przystawki ani deseru, bo nie wie, co to jest.
- Nie pyta o polecenia, bo rozmowa jest niewygodna dla obu stron.
- Zostaje krócej, bo drugi kieliszek wina wymagałby kolejnej rozmowy.
Karta w języku gościa działa na wszystkie cztery punkty naraz, przy zerowym dodatkowym koszcie obsługi.
Jest jeszcze efekt uboczny, o którym się nie myśli: obsługa przestaje tłumaczyć kartę ustnie. W szczycie sezonu to realne minuty na każdym stoliku.
O czym pamiętać przy wielojęzycznej karcie
- Nazwy polskich dań zostają w oryginale. Gość ma zamówić „pierogi”, nie „dumplings”. Pod nazwą idzie opis w jego języku — rozpisaliśmy zasadę i słownik 70 pozycji w tekście jak tłumaczyć polskie dania.
- Alergeny muszą być w tym samym języku co karta. Informacja podana wyłącznie po polsku nie spełnia swojej funkcji wobec gościa, który polskiego nie zna. Szczegóły: alergeny w menu.
- Ceny i waluta bez zmian. Nie przeliczajcie na euro „dla wygody” — kurs się zmienia i kończy się to sporem przy rachunku.
- Jedna karta, nie kilka dokumentów. Osobne pliki dla każdego języka to gwarantowana rozbieżność po kilku miesiącach.
- Przełącznik języka musi być widoczny. Gość ma go znaleźć w dwie sekundy, bez szukania.
Jak to działa w WMenu
Kartę prowadzicie po polsku. System udostępnia ją w ponad 80 językach — gość wybiera swój przy otwarciu albo przełącza jednym dotknięciem. Zmiana ceny, nowe danie czy wyłączenie pozycji robicie raz i obowiązuje we wszystkich wersjach.
Tam, gdzie automat nie wystarczy — nazwy regionalne, dania autorskie — nadpisujecie tłumaczenie własnym tekstem i zostaje na stałe.
Więcej na stronie menu w wielu językach, a jak to wygląda u prawdziwych lokali — w przykładach menu QR. Szerszy kontekst całego tematu jest w przewodniku menu po angielsku w restauracji.
Najczęstsze pytania
Ile języków powinna mieć karta w restauracji turystycznej?
Przy tłumaczeniu ręcznym realnie jeden–dwa, bo każdy kolejny kosztuje osobno. Przy karcie cyfrowej nie ma powodu ograniczać się poniżej kilkunastu — koszt kolejnego języka jest zerowy.
Jak sprawdzić, jakich języków potrzebują moi goście?
Najprościej: przez dwa tygodnie zapisujcie przy kasie, w jakim języku goście proszą o kartę. Uzupełnijcie to statystykami zapytań z wizytówki Google.
Czy warto robić kartę po ukraińsku?
W większości polskich miast tak — to często druga co do wielkości grupa gości, a karty w tym języku prawie nigdzie nie ma, więc jest to realna przewaga.
Czy tłumaczyć nazwy polskich dań?
Nie. Nazwa zostaje w oryginale, a pod nią idzie jedno zdanie opisu w języku gościa. Dzięki temu gość wie, co zamawia, i potrafi to nazwać przy kelnerze.
Czy przeliczać ceny na euro?
Nie. Kurs się zmienia, a przeliczona cena na karcie prowadzi do sporu przy rachunku. Cena zostaje w złotówkach.

